Śpiewam, żeby nie wrzeszczeć [wywiad]

Październik 22, 2012

Natalia Sikora, piosenkarka i aktorka, o bluesie, Norwidzie, swojej płycie „Absurdustrze” i bagnie show businessu rozmawia z Ignacym Masnym. 

Siedzimy przy otwartym oknie. Inaczej się nie da. Natalia odpala jednego papierosa od drugiego. Pali, bo lubi. Kawiarnia „Marcinek”, znajdująca się tuż obok Akademii Teatralnej, w której studiowała, to był dla studentów niemal drugi dom. Nic dziwnego – rozmawia się tu niezwykle dobrze.

Czemu zdecydowałaś się na studia na Akademii Teatralnej, a nie w szkole muzycznej?

Z muzyką i śpiewaniem było tak, że od małego to się jakoś samo ogarniało. Zawsze będę dziękować mojemu tacie, bo to on nauczył mnie słuchać muzyki. I to dzięki niemu był od małego blues i rock and roll. Robił to bardzo mądrze. Bardzo delikatnie przeprowadzał mnie przez muzykę. Nie było narzucania.

I naprawdę nie uczyłaś się nigdzie śpiewać?

Były jakieś tygodniowe warsztaty po drodze, zdarzyły się może dwie takie sytuacje. Przez trzy miesiące uczyłam się grać na klarnecie, ale profesor mnie tak irytował, że po prostu nie dałam rady. Na pewno też popracowały geny, bo od strony mamy było dużo osób związanych z fortepianem i skrzypcami i słuchem absolutnym.

I myślisz, że żeby nauczyć się słuchać, potrzebne są takie predyspozycje?

Jak słuch absolutny? Myślę, że nie. Mi się wydaje, że to nawet przeszkadza. Mam paru znajomych ze słuchem absolutnym i to jest czasami zatrważające, co oni tam potrafią wysłyszeć. Wolę, żeby czasem było nieczysto, jeśli to jest po „coś”, oczywiście. Zresztą nuty w ogóle nie są ważne, jeśli chodzi o śpiewanie. Potrzebna jest otwartość i to jest pewna predyspozycja.

A poezja śpiewana? To też dzięki tacie?

Gdy zaczynałam przygodę z piosenką aktorską, to mnie ona szczerze irytowała. Nie kręciły mnie motywy siedzenia nad rzeką, z gitarą itd. Pojawiła się jednak szansa zagrania na festiwalu piosenek do tekstów Witkacego i tak to się zaczęło. Było to dla mnie kompletne zaskoczenie, zresztą ja do dzisiaj nie przepadam za piosenką aktorską. Aktorską, poetycką, czy artystyczną. Ja to nazywam dziś artystyczną, bo myślę, że to jest dość precyzyjne nazwanie.

Co się pod nim kryje?

Czasem słyszę tekst i nie słyszę współgrającej z nim muzyki albo odwrotnie. Fajnie jest, kiedy te dwie dziedziny, czyli warstwa literacka i warstwa muzyczna, coś ze sobą robią i coś dla siebie znaczą. Dla mnie sednem piosenki artystycznej jest to, co robię z projektem Mięśnie. Ja jak myślę poezja – myślę konkret. Nie lubię poezji, która ma koloryzować, stąd dążenie do prostoty w wyrazie. I poezja Mięśni jest bardzo konkretna. To jest taka śląska noc, ponieważ basista i kompozytor są właśnie stamtąd. To są nasze teksty, nasze dźwięki. Niedługo wchodzimy do studia.

A wracając jeszcze do „Absurdustry”. Skąd wziął się pomysł na Norwida?

Norwid to bardzo stara rzecz. Gitarzysta mojego pierwszego zespołu, Magmen, Grzegorz Kwiecień napisał muzykę do paru tekstów Norwida. Ja przerabiałam wówczas poezję Norwida w liceum i Grzegorz widział, że się strasznie w to wkręcam. Usiedliśmy do jednego z wierszy, to były „Nerwy”. Grzegorz grał, ja coś zaczęłam improwizować i tak to się zaczęło. A naszym pomysłem na Norwida, co się później wyklarowało, okazała się bluesowa nuta. Wiadomo, że inaczej się czyta poezję, a inaczej, jak się jej da powietrze w postaci muzyki. Można znaleźć w tym zupełnie inny sens. Norwid to bardzo precyzyjna poezja. Nie lubię tekstów, które mają koloryzować, stąd dążenie do prostoty w wyrazie. Sens musi być i w tekście i w muzyce i w połączeniu ich. Jak się robi cały materiał, to też warto założyć sobie jakąś konwencję myślową, bo wtedy każdy z utworów służy czemuś innemu.

I jest taka konwencja na „Absurdustrze”?

Ja układałam rzeczywiście te wiersze w określoną kolejność. Zaczyna się „Pielgrzymem”, symbolem jednostki, która nie za bardzo ma możliwość chociażby dreptać po warszawskiej ulicy, a kończy utworem „Nie ma Cię” i po drodze jest właśnie historia tej jednostki.

A sam tytuł? Jest trochę dziwny.

Tytuł wziął się z nienawiści do PKP. W pociągach, którymi podróżowałam działy się niesamowite rzeczy, trzy razy niemal straciłam tam życie i coraz częściej padało słowo absurd. Któregoś wieczoru siedzieliśmy przy Norwidzie i te absurdy się nam tak nagromadziły. Patrząc od strony Norwida, to absurd, który porusza w swoich wierszach. A podtytuł płyty -„Próba Norwida” – bo ja to ciągle traktuję jako sprawę otwartą i chcę to robić na nowo, szukać nowego flow.

Po co właściwie to robisz?

Bo przez to najprecyzyjniej się wyrażam. Gdyby tego nie było, musiałabym albo zacząć zabijać albo wrzeszczeć na ulicy. Próbowałam paru rzeczy, ale po prostu nie umiem. W tym się najlepiej wyrażam, najmniej boleśnie dla wszystkich dookoła.

To w sumie bardzo samolubne. Nie masz w tym żadnej misji?

Misja jest prosta, bo zawsze się znajdzie człowiek, który się w to wkręci. Mnie nie interesuje, czy to są cztery osoby, czy trzy, czy jedna. Ale tak, to jest samolubne, aczkolwiek myślę o tym, że to ma szansę wpłynąć na ludzi.

Nie kręcił Cię nigdy show business?

Nie. Miałam kiedyś przygodę z „Szansą na sukces”. Po jednym z finałów zadzwonili do mnie z dużej wytwórni do jakiegoś projektu z czarną i białą wokalistką, z czego biała nawaliła. Nastawienie było takie, że ja muszę od razu, przez telefon podpisać umowę. Ja byłam gówniarą, leszczem, ale na szczęście ten mózg trochę pracował. Poprosiłam o materiał, a oni nie chcą go wysłać. Przesłali go w końcu, to był straszny pop, straszna podróba zachodu, więc mówię, że „nie, dziękuję”. Oczywiście od razu proponują trzy razy więcej, ale nie chodzi tu absolutnie o pieniądze. I to była pierwsza przygoda. W zeszłym roku zadzwonili z programu „The Voice of Poland”.  Niestety mi nie pasowała umowa z nimi, a im później ze mną. To są sytuacje telewizyjne, w których chodzi tylko o zarobek – o nic więcej. Tam jest wszystko z góry wiadome. Na smsach wysyłanych przez ludzi ta dżungla po prostu zarabia. Nie mogłam podpisać umowy, z której wynikało, że nie będę miała na nic wpływu. To ja odpowiadam za to co robię, a nie komercyjne stado ludzi myślących totalnie inaczej niż ja. Nie wiem nawet czy to jest myślenie. Ja mam w głowie sprawy artystyczne, oni mają w oczach monety i banknoty. To nie ma sensu. Takie sytuacje nie mają sensu i tu nie ma cienia szansy na zmienienie tego. Na złym starcie wszystko się kończy.

Nie boisz się, że przez takie podejście nie osiągniesz sukcesu?

Wiesz, miałam moment frustracji, ale on minął i zbudowałam sobie dystans do tego wszystkiego. Gdzieś są słuchacze, którzy na to czekają i choćby było ich tylko pięciu, to są.

Autor: Ignacy Masny

Brak komentarzy

Możliwość komentowania jest wyłączona.